Nie jesteś zalogowany na forum.
![]() |
Strony: 1
Imię: Xolotl
Płeć: samiec
Wiek: pięć lat
Rasa: Lot
Moc: Zdumiewające, że fanatyczny wyznawca boga chaosu otrzymał od niego dar podobny do przekleństwa. Xolotl jest siewcą zarazy, który dotykiem jest w stanie zainfekować niezaleczone rany. Za młodu szkolił się na medyka, jednak specyficzna moc uniemożliwiła mu wykonywanie zawodu - wystarczy trwający kilka uderzeń serca kontakt, by szanse pacjenta na powrót do zdrowia kolosalnie zmniejszyły się. Dłuższy kontakt z Xolotlem może wywołać u rannych sepsę.
Wygląd: Żylasty i wychudły basior o rudej sierści i żółtym oku. Jego podbrzusze oraz nogi ubarwione są na wyblakły kremowy kolor. Zdaje się być nieproporcjonalnie wysoki; to mylne wrażenie prawdopodobnie stwarza kombinacja niewielkiej masy, delikatnej postury i wyleniałego futra. Z grzbietu wilka wyrasta para pierzastych, rudo-brązowych skrzydeł. Xolotl pysk ma smukły a symetryczny, mógłby nawet być uznany za urodziwego, gdyby nie łyse, niezdrowo zaróżowiałe żleby blizn plamiące okolice prawego oczodołu, z którego wypalone zostało ślepię.
Pierś samca i jego przednie łapy, wyposażone w nadzwyczajnie dobrze rozwinięte piąte palce, pokrywa mrowie szram, warstwa na warstwie głębokich ran, które latami rozdrapywał a które latami uparcie zarastały się.
Historia&Charakter: Xolotl jest potomkiem wielodzietnego klanu górali zamieszkujących trawiaste zbocza serca Gór Zębatych. Jego krewni bardzo rzadko wyściubiali nosy poza niedostępne i chłodne kotliny a turnie, więc wilk dorastał w zamkniętym środowisku, bez żadnej wiedzy o wydarzeniach z szerokiego świata. Pomimo wszechobecnych więzów rodzinnych, w klanie utrzymywana była ścisła hierarchia, z bogiem Nahoro na jej szczycie. Wpływ ona miała nawet na tak błahe sprawy jak przyporządkowywanie strategicznych pozycji podczas polowań na kozice, kolejność spożywania posiłków oraz sposób ułożenia ogona przy rozmowach z wyższymi lub niższymi rangą osobnikami.
Xolotl, jako podrostek, nie był świadomy dziwaczności społeczności do której przynależał, dlatego z żarliwością i entuzjazmem wykonywał powierzone mu polecenia, żyjąc z dnia na dzień a egzystencją swoją kręcąc trybami wyobcowanej sekty. Z pokolenia na pokolenie wilkom wpajany był prosty pentalog, którego podstawowe zasady tworzyły zarzewie, podwaliny tej ideologii, kera za największe cnoty uznawała skromność, uległość i prostoduszność, dlatego młody nie miał absolutnie żadnej szansy na przytomne odwrócenie się od rodziny i jakiekolwiek pogłębianie swojego indywidualizmu.
Nie spotkał zagubionego wędrowca-intelektualisty, żaden wyjątkowy misjonarz nie odmienił jego poglądów... Raz tylko spojrzał w oczy szaleństwa.
Od ponurego wieczora aż do rozdartego halnym gromem rana czuwał nad legowiskiem konającego pradziada. Był to pierwszy z wilków od wielu lat, którego złożył sędziwy wiek. W zapadającym mroku przyglądał się zasnutym bielmem jaskry ślepiom starucha, obserwował cuchnącą ropą ślinę kapiącą z jego wyłysiałej, obwisłej wargi... Z godziny na godzinę kiełkował w nim wszechogarniający, głęboki lęk przed nieokiełznanym drżeniem kończyn i bełkotliwych komentarzach gasnącego życia. Czy będzie kiedyś taki? Ba!, czy z rokiem na rok powoli przeistaczał się właśnie w taką zużytą skorupę?
Xolotl był świadomy, iż nie tylko ciało umierającego ulegało zniszczeniu; zimę temu sędziwy basior zaczął miewać niecodzienne przemyślenia. On, jako jeden z opiekunów, obserwował płody niszczejącego umysłu przez cały ten czas, wyzuty z wrażliwości notował postępy w starczym szaleństwie po każdym minionym księżycu.
Staruch postanowił teraz, u kresu jego egzystencji, nauczać ledwo dwuletniego basiora. To były całe godziny przepełnionych obcą symboliką i obłąkanymi metaforami kazań, z których Xolotl przez lata wyciągał coraz więcej ukrytych wiadomości a hermetycznych tajemnic. Wyblakłe, złote oczy mentora rozwarte były nienaturalnie szeroko w agonalnym wytrzeszczu a patrzyły prosto w pysk podrostka, choć zdawały się przebijać na wylot jego czaszkę, ziemistą ścianę oraz nieboskłon... całun wszechświata. Dziki wiatr dął pośród lasu, łamał gałęzie i przewracał pnie, jakby odzwierciedleniem był chaosu ogarniającego młody mózg ucznia.
O świcie wyszedł z nory niby odmieniony, choć nikt nie był w stanie dostrzec tego w tamtej chwili. Poweselałe spojrzenie wbił w wiszące na horyzoncie słońce; oto wyruszało na wędrówkę, której celem był i zawsze będzie bezgłośny pochówek. On teraz widział wszystko tak czysto!
Offline
Strony: 1